Jane Eyre

Kocham czytać. To jest dla mnie jak podróż w inny świat, w inny wymiar. Wcielam się w role bohaterów, przeżywam ich dylematy, błądzę z nimi wśród pułapek życia, eksploduję ich szczęściem. I chłonę, chłonę, chłonę…

„Dziwne losy Jane Eyre” czytam już chyba 4 raz w ciągu ostatnich 15 lat. Zawsze i niezmiennie z wypiekami na twarzy. Już nawet nie sama historia miłości głównych bohaterów (chociaż ciężko się oderwać), co klimat ówczesnej Anglii jest dla mnie niesamowity. Odkąd pamiętam uwielbiałam zanurzać się w opisach surowej Anglii z krajobrazem pełnym wrzosowisk, hulającym ostrym wiatrem, chłoszczącym twarz deszczem. I wokół nastrój nisko zawieszonych chmur burzowych, lasów lub urwisk ze świszczącym pomiędzy wiatrem. Mogłabym tak pisać i pisać…

I już nie mogę się doczekać, bo zamówiłam sobie film z 2011 roku, którego trailer poniżej. Chyba nie usiedzę spokojnie dopóki nie dotrze i nie obejrzę :). Będzie to wtedy całkowicie chwila dla mnie. Wyłączenie się spoza codzienności i teleportacja w „Dziwne losy Jane Eyre”. A na razie wracam do książki :).

I jeszcze ten, który oglądam z wypiekami na twarzy (romantyczka czasami zwycięża z realistką 🙂 )

Reklamy

Smażone zielone pomidory

Mam kilkanaście ulubionych filmów. Filmów, które potrafię oglądać co kilka lat i za każdym razem jest to ‚coś’ co powoduje, że wtapiam się w akcję, żyję życiem aktorów, przeżywam szczęścia, troski, dramaty, wybory życiowe, muzykę itd. Nigdy chyba nie miałam ciągot to Holywoodzkich masowych produkcji i oglądałam, bo tak wypada, bo inni zobaczyli, bo inni…. Te filmy, które należą do ulubionych i przeżywanych pojawiały się zazwyczaj w moim życiu przez tzw. przypadek.

Jednym z nich jest film zrealizowany w 1991 roku na podstawie powieści Fannie Flag – „Smażone zielone pomidory”. Nie ma tam chyba sceny, której bym nie lubiła. A film jest o życiu. I tak jak zazwyczaj rzadko decyduję się na obejrzenie filmu opartego na książce, którą przeczytałam i się zachwyciłam, tak w tym wypadku po przeczytaniu „Smażonych zielonych pomidorów” postanowiłam, że zaryzykuję i… oglądam już któryś raz z kolei, a robię to, co kilka lat.

To jedna ze scen, którą kiedyś chciałabym wprowadzić w życie, czyli bitwa na ciastowe składniki. I dodatkowo ta, która dodaje mi powera i rozśmiesza do łez, kiedy jakoś tak wszystko wydaje się nie układać i przytłaczać.

TOWANDA! 🙂