Czas na DZIADY…

Dzisiejszy dzień – 31 października, większości osób kojarzy się zapewne z przygotowaniami do Dnia Wszystkich Świętych, odwiedzaniem grobów, spotkaniami rodzinnymi, długim weekendem – dla tych którzy mieli taką możliwość.
A przecież 31 października to ludowe święto Słowian i Bałtów, jeszcze sprzed czasów chrześcijaństwa. Obchodzone jesienią, jak również wiosną. Jest to czas magiczny, kiedy to granica pomiędzy światem żywych a zmarłych staje się bardzo cienka. Należy wtedy zapewnić duszom i jadło, i napitek oraz zapalić ogień, aby ogrzać powracające duszę oraz oświetlić im drogę.
„W tradycji ludowej każde przesilenie w naturze, nie tylko jesienne, ale i wiosenne to czas siłowania się dwóch mocy: jasności i ciemności. Wierzono, że właśnie w tym czasie granica między światem żywych i zmarłych jest nikła, a dusze przodków przychodzą do swoich domów…  Tego typu obrzędy zaduszne służyły wypełnianiu swoistych obowiązków żywych wobec zmarłych. Zapewniano sobie nimi przychylność i opiekę przodków. Dziady jako obrzęd nie polegały jedynie na wspominaniu zmarłych czy modlitwach za nich, ale było to obcowanie żywych z umarłymi” – wyjaśnia Elżbieta Dudek-Młynarska z Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie.
Również w domach czekano na zmarłych przodków, otwierając okna, drzwi, aby dusze mogły swobodnie wejść do domostw i wziąć udział w przygotowanej wieczerzy.
Co ciekawe, wędrownych żebraków nazywano także dziadami i wierzono, iż są łącznikami świata żywych ze światem zmarłych.

Wkróce Dzień Wszystkich Świętych, potem Dzień Zaduszny – czas wspominania naszych najbliższych, któryz odeszli, dzięki którym tu jesteśmy – nasi Przodkowie. Wdzięczna za to wszystko, co mi ofiarowali i na pamięć o Nich, palę dzisiaj dla Nich Świeczkę.
Jestem wdzięczna.

Jesień idzie przez park… i przez życie…

O jesieni, jesieni

”Niech się wszystko odnowi, odmieni….
O jesieni, jesieni, jesieni …..
Niech się nocą do głębi przeźrocza
nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nie odstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!… jesieni! … jesieni!

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
i jak trzcinę w objęciu łamało!
Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę
już się tyle rozprysło wędzideł …
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę!
Niech się wszystko odnowi, odmieni! …
O jesieni! … jesieni! … jesieni.”

Iłłakowiczówna Kazimiera

Tak bardzo potrzebna mi ta odmiana, po tylu pytaniach, wahaniach, rozterkach, planowaniach, dyskusjach, rozważaniach…
Są dni, kiedy wszystko takie obojętne, jednostajne, powtarzalne, przewidywalne… A serce, choć świadome tych skutków ubocznych zmian, całym sobą chciałoby się już wyrwać, zacząć, zmienić, odmienić, dostać znowu skrzydeł… A potem ta siła gdzieś znika i znów wszystko upada, ażeby wkrótce się wznieść…

Tworzenie w te jesienne, długie wieczory i czas pełen zapytań, wahań… Czas podjęcia decyzji… (NIEŁATWYCH)

Skarpetki, żeby nam taboret w te jesienno-zimowe chłody nie zmarzł 🙂

 

 

 

Pocztówki z Serbii część 7. Twierdza Kalemegdan w Belgradzie.

Niedawno przez tzw. przypadek (oczywiście w przypadki nie wierzę) poznałam pewną osobę, też w pewien znany nam obu sposób, związaną z Serbią. I tak przypomniałam sobie, że zakładając na początku tego bloga miałam pisać o Serbii, tym co w niej piękne, oryginalne, inne od tego co znam, ale też i bolesne, smutne, negatywne w mojej subiektywnej ocenie. Jednak, nasze plany życiowe wciąż się zmieniają… Serbia na razie pewnie będzie miejscem odwiedzin.
Ale nie tylko w Serbii trawy są zielone, więc mam nadzieję wkrótce nasze marzenie co do pewnego miejsca się spełni…

A dzisiaj troszkę zdjęciowych obrazów z Twierdzy Kalemegdan w Belgradzie.
Jest to obszar ufortyfikowany wstępnie już za czasów celtyckich, a następnie za czasów rzymskich znany pod nazwą Singidunum. Zabudowania warowni znajdujące się na wysokości około 125 merów nad poziomem morza, które można podziwiać współcześnie pochodzą głównie z XVII wieku, jednak w okolicy udostępnione są zwiedzającym również antyczne wykopaliska. Warto zobaczyć tutejsze masywne dramy, skromne i piękne cerkwie, tureckie grobowce oraz Muzeum Wojskowe prezentujące dzieje miasta i jego obronności. Wokół fortecy roztacza się park będący popularnym miejscem spotkań, spacerów i odpoczynku dla mieszkańców Belgradu, jak również i turystów spoza Serbii, których spotkaliśmy tam sporo.
Spędziliśmy na terenie twierdzy troszkę dnia i mam bardzo ciepłe wspomnienia związane z tym miejscem. Pominąwszy wartości historyczno-architektoniczne, bardzo, ale to bardzo spodobało mi się to, że Twierdza jest właśnie miejscem spotkań ludzi, całych pokoleń, począwszy od maluchów, zabieranych tam przez rodziców na spacer, poprzez nastolatki, zakochane pary aż po starsze osoby, które grają przy stolikach w szachy (z tego, co wywnioskowałam patrzac ze sporej odległości). Tak na świeżym powietrzu i widać było, że taki rodzaj rozrywki jest dość popularny i lubiany.
Mi najbardziej, oprócz architektonicznych budowli i rozwiązań, podobało mi się siedzenie na murach, tak jak robiła to większość ludzi i obserwacja życia w parku :).

Basiu, jestem wdzięczna :).

Ważne pytania

„W odmętach naszego skomplikowanego życia możemy zapomnieć o swych prawdziwych wartościach i intencjach. Jednak gdy nasze życie dobiegnie końca i spojrzymy wstecz, o co zapytamy? Co będzie miało wówczas największe znaczenie?
Czy wygrałem wszystkie swoje walki?
Czy zarobiłem mnóstwo pieniędzy?
Czy sprawiłem, że ludzie przyjęli mój punt widzenia?

Czy też może spytamy:
Czy żyłem pełnią życia?
Czy żyłem uczciwie?
Czy prawdziwie kochałem?

Większość ludzi umiera, nadal skrywając swą muzykę wewnątrz siebie.”
BENJAMIN DISRAELI

Tak dzisiaj refleksyjnie dla mnie z różnych powodów…
Czas na zmiany…
I czas pokonać blokady wewnątrz siebie i ustalić priorytety…

Dobrego dnia.

W starym kinie

Niedzielne przedpołudnie. Po tygodniu spędzonym w szkole, na zadaniach domowych, obowiązkach siadałam przed telewizorem i czekałam na ten moment:


Ten pan w kapeluszu idący z parasolką, ten charakterystyczny klimat starej kliszy używanej prawdopodobnie w początkach kinomatografii i w końcu punkt kulminacyjny – wejście do świata gdzie rzeczywistość przeplata się z marzeniami. To był mój czas w ciągu tygodnia. Tylko ja, telewizor i te opowieści. Do tej pory ogarnia mnie nostalgia i taki specyficzny dreszczyk za każdym razem kiedy oglądam czołówkę programu.
Pamiętam jak przeżywałam dylematy głównych bohaterów, jak rozpaczałam razem z nimi, śmiałam razem z nimi, jak podziwiałam miejsca, w których dane było im żyć, stroje, wystój wnętrz. Ciekawiły mnie relacje międzyludzkie, mentalność postaci.
No i moj idol z tamtego czau – Gregory Peck. Przywołuje uśmiech na twarzy…
Czas mknie dalej. Program zdjęty z anteny, a jednak czasami przychodzi moment, że chętnie zamieniłabym się w tą 10-letnią dziewczynkę, siadła przed telewizorem i znalazła się na moment w miejscu, gdzie bohaterowie starego kina podążali za swoim powołaniem.

A ten urywek i Julia Andrews w ‚Dźwiękach muzyki’ jest jednym z tych niezapomnianych i oglądanych z wypiekami na twarzy szczególnie kiedy byłam małą dziewczynka.

Przodkowie

„Lubimy myśleć o sobie jako o indywidualistach. Uważamy, że nasze życie zależy od nas samych. A już na pewno na jego kształt nie mają większego wpływu ci, którzy odeszli: naszi dziadkowie, babcie, prababcie. Łączy nas z nimi sentymentalna nić wspomnień, nie teraźniejszość, a tym bardziej przyszłość. Nowy świat budujemy sami. To błąd w myśleniu.
Na ogół myślimy o nich jako o kimś osobnym. Więc jeśli już nie żyją i nie mamy z nimi kontaktu, to uważamy, że nie ma powodu, żeby sie nimi zajmować. Tymczasem my jesteśmy naszymi przodkami. Czy tego chcemy, czy nie, oni w nas żyją. Również w sensie najbardziej namacalnym, biologicznym. Nitki DNA naszych rodziców spotkały się, splotły w miłosnym uścisku i tak powstała istota, którą jesteśmy. Ich DNA też jest splecione z DNA naszych rodziców. Nasze ciało to więc żywi przodkowie, bo odtwarza zapis DNA naszego drzewa genealogicznego. W trakcie życia płodowego przechodzimy ewolucję. Od organizmu jednokomórkowego, przez płazy, gady, aż do człowieka. Nasze ciało zawiera całą informację o dziejach ludzkich. W tym kontekście mówienie, że nie chcemy mieć do czynienia z tym czy innym kawałkiem siebie, nie ma sensu. Równocześnie nie możemy jednak udawać, że przodkowie nie robili złych rzeczy, czy skupiać się tylko na ich pozytywnych cechach. Trzeba mieć świadomość, że jesteśmy miejscem spotkania przeszłości i teraźniejszości, dzięki czemu możemy zmieniać swoje dziedzictwo.”

Zbigniew Miłuński

Natknęłam się dzisiaj na ten tekst. Wzruszenie… Jestem wdzięczna za każdą część siebie, za każdą z cech, emocji, kolor włosów, pojedyńczego piega (ileż to razy próbowałam się ich pozbyć, zawsze z niezmiennym efektem), a przede wszystkim za to, że jestem, bo jestem owocem miłości. Nie przeczę, że wszystko i wszyscy byli idealni, bo nie byli, ale świadomość tego, że mogę czerpać moć i siłę z całego mojego Rodu budzi we mnie wzruszenie i w najgorszych momentach, kiedy już wszystko zdaje się walić, tak nie do odwołania, staram się sobie to przypominać i być wdzięczną…