Jabłkowo, cytrynowo, cynamonowo

Mam już dość… Zaczarowywania jabłek w mus.

Kilka godzin oddzielania skórek od miąższu zrobiło swoje i na dzisiaj mam dość. Chociaż uwielbiam zapach świeżo wniesionych do domu papierówek, optycznie swą soczystą zielenią rozświetlają mi pokój, by za chwilę zniknąć (dość dłuższą chwilę, bo dzisiaj ich obieranie zajęło mi kilka godzin) w ogromnym garnku, gdzie za pomocą drewnianej łyżki zaczaruję je w jabłkowo-cytrynowo-cynamonowy mus. Potem ręce będą pachniały mi cytryną, a szafka pod oknem z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień będzie się zapełniała zapachami i smakami lata zamkniętymi w słoiki, by dać swój upust w ciągu jesieni i zimy.

Dzisiaj nie o Serbii, nie o filozofii, psychologii ani robótkach ręcznych, ale zwyczajnie o jabłkach :).   I żeby dodać sobie energii na te ostatnie dnie bardzo często słuchałam tego utworu, choć do Nowego Jorku wcale mnie nie ciągnie, to Frankiego uwielbiam od lat wielu :):

Reklamy

Poddaj się temu co jest

Jedna z moich znajomych przypomniała mi dzisiaj tekst z „Potęgi teraźniejszości” Eckharta Tolle’a (jeżeli ktoś kiedyś będzie miał możliwość – warto przeczytać moim zdaniem).
Książka ta pomogła mi w jakiś sposób z postrzeganiem ego. Przestałam z nim walczyć, zamiast tego zaczęłam te myśli nieustające, nabrzmiałe, roszczeniowe, użalające się itd. obserwować. Tylko to było w momencie czytania „Potęgi…” i jeszcze moment po…

Czas chyba, żebym wróciła do lektury Tolle’a, bo przy nadchodzących zmianach mój umysł znów jest pełen, nawet nie pełen, ale przelewa się od myśli, które buntują się na zmiany. Strach, smutek, ból…

„Nikomu nie udaje się całkiem uniknąć bólu i smutku. Czy nie chodzi raczej o to, żeby nauczyć się z nimi żyć niż ich unikać?

Ludzie na ogól cierpią niepotrzebnie. Sami stwarzają swój ból, dopóki umysł nie poddany obserwacji kieruje ich życiem. Ból stwarzany tu i teraz bierze się zawsze z pewnego rodzaju niezgody, z bezwiednego oporu wobec tego, co jest. Na poziomie myślowym opór ten przybiera postać osądu. Na poziomie emocjonalnym będzie to taka czy inna postawa negatywna. Nasilenie bólu zależy od natężenia oporu stawianego teraźniejszości, ono zaś z kolei zależy od tego, jak bardzo utożsamiasz się z własnym umysłem. Umysł zawsze stara się negować teraźniejszość i przed nią uciekać. Innymi słowy, im mocniej utożsamiasz się z umysłem, tym więcej cierpisz. Można też powiedzieć, że im bardziej szanujesz i uznajesz teraźniejszość, tym skuteczniej wyzwalasz się spod władzy bólu i cierpienia – a także egotycznego umysłu.

Dlaczego umysł ma zwyczaj zaprzeczać teraźniejszości i wzbraniać się przed nią?

Otóż dlatego, ze nie może funkcjonować po swojemu ani sprawować władzy, gdy nie istnieje czas – czyli przeszłość i przyszłość; niepoddane czasowi Teraz wydaje mu się więc groźne. Czas i umysł stanowią w gruncie rzeczy niepodzielną całość.

Wyobraź sobie ziemię bez ludzi, zamieszkaną wyłącznie przez rośliny i zwierzęta. Czy na takiej planecie nadal istniałaby przeszłość i przyszłość? Czy można by na niej w jakikolwiek sensowny sposób mówić o czasie? Pytania w rodzaju „Która godzina?” lub „Który dzisiaj?”- gdyby w ogóle ktoś jeszcze mógł je zadać – nic by nie znaczyły. Taki na przykład dąb czy orzeł przyjąłby je bez odrobiny zrozumienia. „Jaka znowu godzina?” – zdziwiłby się. „Przecież to jasne, że teraz jest teraz.Cóż poza tym istnieje?”

Umysł i czas są nam, owszem, potrzebne do funkcjonowania w tym świecie, ale w pewnej chwili przejmują władzę nad naszym życiem i właśnie wtedy pojawiają się w nim rozmaite zaburzenia, ból i smutek.

Aby zapewnić sobie trwałą władzę, umysł nieustannie usiłuje przesłonić teraźniejszość przeszłością i przyszłością. W ten sposób żywotność i nieskończone możliwości twórcze Istnienia, nierozdzielnie związane z obecną chwilą, przesłania czas, a twoją prawdziwą naturę – umysł. W ludzkim umyśle gromadzi się coraz cięższe brzemię czasu. Wszyscy pod nim się uginają, zarazem jednak powiększają je, ilekroć ignorują lub negują drogocenną teraźniejszość lub wyznaczają jej skromną rolę narzędzia, pozwalającego im dotrzeć do którejś z następnych chwil, choć te istnieją jedynie w umyśle, a nigdy w rzeczywistości. Czas, nagromadzony zarówno w umysłowości zbiorowej, jak i w umysłach poszczególnych osób, zawiera też niezmierzone osady bólu, wyniesionego z przeszłości.

Jeśli pragniesz zaniechać przysparzania cierpień sobie i innym, jeśli nie chcesz pomnażać osadów zastarzałego bólu, który wciąż w tobie żyje, przestań stwarzać czas, a przynajmniej twórz go tylko tyle, ile koniecznie potrzebujesz, żeby uporać się z praktyczną stroną życia. Jak można przestać tworzyć czas? Głęboko sobie uświadom, że obecna chwila jest wszystkim, co kiedykolwiek będzie ci dane. Skup całe swoje życie w teraźniejszości. Byłeś dotąd mieszkańcem czasu i składałeś w niej tylko przelotne wizyty, ale od dziś zamieszkaj w niej na stałe, a przeszłość i przyszłość odwiedzaj jedynie na krótko, ilekroć okaże się, że musisz się zająć którymś z praktycznych aspektów swojej sytuacji życiowej. Zawsze mów „tak” bieżącej chwili. Cóż może być bardziej daremne, bardziej szalone niż stwarzanie w sobie wewnętrznego oporu wobec czegoś, co i tak już jest? Czyż może istnieć gorszy obłęd niż przeciwstawianie się samemu życiu, które teraz i zawsze trwa teraz?

Poddaj się temu, co j e s t. Powiedz życiu „tak” – a zobaczysz, że nagle zacznie ono działać na twoją korzyść, zamiast przeciwko tobie.

Eckhart Tolle „Potęga Teraźniejszości”

Pocztówki z Serbii część 6. Twierdza Petrovaradin.

Spędziłam tam tylko kilka godzin. Zbyt mało, bo nie poznałam i nie zbadałam wszystkich zakątków, zakamarków itp. Mam nadzieję, że wkrótce będzie jeszcze szansa.

Dojechaliśmy z centrum Nowego Sadu autobusem, którego nr już nie pamiętam (musiałabym podpytać partnera). Mogliśmy się zatrzymać przed mostem i nim podejść do twierdzy, ale zrobiliśmy to w drodze powrotnej i wrażenia bardzo pozytywne. Nigdy jeszcze takim długim mostem nie spacerowałam. Bywało może, że gdzieś tam przejeżdżałam w czasie swoich wojaży.

Zanim weszliśmy klimatycznymi (takimi w moim stylu) schodkami na twierdzę pozaglądaliśmy i pozwiedzaliśmy przyległe uliczki i…. Miałam wrażenie, że jestem znów mała dziewczynką… Te spokojne, leniwe uliczki, babuszki wyglądające z okien (zdjęcia w jednym z następnych wpisów), kojarzących mi się z dzieciństwem, te dziewczynki skaczące w skakankę i leniwe ciepłe popołudnie, wolno i bez zbędnych ruchów płynące. Ech, zachciało mi się wtedy przez moment wrócić do dzieciństwa…

Do twierdzy prowadzą schody, stare, kamienne. Twierdza pełniła kiedyś rolę obronną. Teraz mieści się tam dość sporo klimatycznych małych pracowni artystycznych i rękodzielniczych, czyli moje klimaty. Jest też muzeum z zabytkowymi przedmiotami regionu od czasów prehistorycznych po dziś dzień. Niestety nie zdążyliśmy wejść tym razem, bo spóźnieni byliśmy i muzeum już było zamykane. Następnym razem – nie ominę.

Co mnie osobiście zachwyciło?

Widok na Dunaj, późnym popołudniem.
„Pijany zegar”, który odwrotnie odmierza czas, duża wskazówka pracuje jako mała, mała jako duża.
Pracownie artystyczne, wystawy obrazów i własnoręcznie wykonane dzieła, takie jak mozaika czy drewniane malowane źródełko.
Drzewa przy galeriach.
Ławeczki z pięknymi widokami na miasto, Dunaj, zieleń, przy których można posiedzieć, pomyśleć, albo zwyczajnie pobyć.
Korytarze, które przez moment wiodą na szczyt twierdzy (osobiście lubię klimaty twierdz, zamków, rycerstwa).

I tak chłonęłam, chłonęłam, chłonęłam…

Marzy mi się, żeby tam wrócić…

A w rzeczywistości wracam teraz do książek, wyszywanek, kawy i celtyckiej muzyki, na którą mam ochotę już od wielu dni. Może dlatego, że taki klimat deszczowo-irlandzki się pojawił. Tylko Robin Hooda brakuje ;).

Dołączam parę zdjęć z twierdzy Petrovaradina w Nowym Sadzie, a dla Tych, którzy lubią celtyckie melodie i klimaty – odrobina Loreeny :).

 

 

Na dobry dzień

ŚWIAT

Pewien człowiek z miast Negua, u wybrzeża
Kolumbii, zdołał wspiąć się aż do nieba.

Po powrocie opisał swą podróż. Opowiadał,
jak z wysoka kontemplował ludzkie życie.
Powiedział, że jesteśmy morzem małych płomyków.

Każda osoba świeci własnym światłem.
Nie ma dwóch takich samych płomyków. Są duże
i małe płomyki, płomyki w każdym kolorze. Płomyki
niektórych ludzi są tak spokojne, że nawet nie migoczą na
wietrze, podczas gdy inni mają dzikie płomyki, które wypełniają
powietrze iskrami. Niektóre niemądre płomyki ani nie płoną, ani
nie dają światła, zaś płomyki innych skrzą się życiem tak gwałtownie,
że nie można patrzeć na nie bez mrugania, a jeśli
zbliżysz się do nich, sam świecisz ogniem.

Eduardo Galeano 

Dobrego dnia na dzisiaj i odkrywania tego płomienia, który się w nas zawsze tli, tylko nie zawsze go dostrzegamy czy mu ufamy…

 

Tak zwyczajnie

W końcu dotarł wiatr.

Mogę jeszcze wędrować tutaj, póki jeszcze…

Ni to lato, ni jesień, a w emocjach hula i smutek, i ekscytacja jednocześnie.

Idą zmiany, więc strach się uaktywnia, rośnie w siłę.

Ważny ten pierwszy krok do nowego etapu. Niech idzie, niech płynie, niech skacze…

ZAPOMNIANI

Zamknij oczy i zagub się wśród cieni

pod cieniami czerwonolistnego lasu twych powiek

Idź w dół pośród tamtych spiral

dźwięku szumiącego i opadającego

i brzmiącego daleko stąd, odległego,

o całą drogę do bębenka ucha,

ogłuszony wodospad.

Ześlij się w dół ku cieniom,

zatop się w swej skórze,

dalej, w swych wnętrznościach:

niech kość, ze swym sinym błyskiem,

porazi Cię i oślepi,

i pośród rozpadlin oraz przepaści cienia

otwórz jego niebieski pióropusz, błędny ognik.

I w owym płynnym snu cieniu

wykąp teraz swą nagość;

poniechaj swej formy, swej piany

(nikt nie wie, kto wyrzucił ją na brzeg);

zatrać się w sobie, nieskończoność

w swym nieskończonym jestestwie,

morze gubiące się w innym morzu:

zapomnij siebie i zapomnij mnie.

W tym zapomnieniu wiecznym i bezkresnym

wargi, pocałunki, miłość, wszystko, zrodzone na nowo:

gwiazdy są córkami nocy.

Octavio Paz

Jestem wdzięczna za TU I TERAZ. Za te spacery, wiatr, drzewa, nawet strach.

Pocztówki z Serbii część 5.

Oprócz książek, filmów i jeszcze innych zainteresowań kocham fotografować. Marzy mi się lustrzanka cyfrowa i mam nadzieję, że któregoś dnia… :). Kilka lat temu robiłam zdjęcia starym dobrym Zenitem, ale teraz dość ciężko jest wywoływać zdjęcia z filmów, więc pozostała zwykła cyfrówka. Jakoś dajemy radę.

Kiedy wyjeżdżam gdzieś, szczególnie poraz pierwszy, staram się uchwycić wszystko co wydaje mi się inne, szczególne, różne od tego co widzę codziennie, bądź zwyczajnie to co w moich oczach jest piękne, niekonieczne w dosłownym tego słowa znaczeniu.

No i lubię fotografować bramy, wejścia, drzwi. Może dlatego, że to dla mnie symbol przejścia z jednego miejsca do drugiego, z jednego momentu do następnego, otwarcie nowych możliwości, a także jeden z symboli domu jako miejsca, gdzie jest rodzina, ciepło, wspomnienia, a przede wszystkim Życie.

Poniżej uchwycone gdzieś w drodze drzwi, bramy, przejścia w Nowym Sadzie i Belgradzie.

Jane Eyre

Kocham czytać. To jest dla mnie jak podróż w inny świat, w inny wymiar. Wcielam się w role bohaterów, przeżywam ich dylematy, błądzę z nimi wśród pułapek życia, eksploduję ich szczęściem. I chłonę, chłonę, chłonę…

„Dziwne losy Jane Eyre” czytam już chyba 4 raz w ciągu ostatnich 15 lat. Zawsze i niezmiennie z wypiekami na twarzy. Już nawet nie sama historia miłości głównych bohaterów (chociaż ciężko się oderwać), co klimat ówczesnej Anglii jest dla mnie niesamowity. Odkąd pamiętam uwielbiałam zanurzać się w opisach surowej Anglii z krajobrazem pełnym wrzosowisk, hulającym ostrym wiatrem, chłoszczącym twarz deszczem. I wokół nastrój nisko zawieszonych chmur burzowych, lasów lub urwisk ze świszczącym pomiędzy wiatrem. Mogłabym tak pisać i pisać…

I już nie mogę się doczekać, bo zamówiłam sobie film z 2011 roku, którego trailer poniżej. Chyba nie usiedzę spokojnie dopóki nie dotrze i nie obejrzę :). Będzie to wtedy całkowicie chwila dla mnie. Wyłączenie się spoza codzienności i teleportacja w „Dziwne losy Jane Eyre”. A na razie wracam do książki :).

I jeszcze ten, który oglądam z wypiekami na twarzy (romantyczka czasami zwycięża z realistką 🙂 )